Festiwal parasoli – tolerancja kończy się tam, gdzie zaczyna się wiara
Zaskakuje mnie, że w czasach różnorodności, człowiek wierzący coraz częściej musi tłumaczyć się ze swojej wiary. Nie z krzywdzenia innych czy odbierania komuś wolności, ale z faktu, że wierzy. Ta myśl wróciła do mnie podczas procesji Bożego Ciała, która chwilami przypominała festiwal barwnych parasoli zamiast wydarzenia religijnego.
Padało od samego rana.
Taki deszcz, który skutecznie zachęca do pozostania w domu. Człowiek jeszcze kilka razy spogląda przez okno
i zastanawia się, czy na pewno warto wychodzić. Ale ostatecznie przyszli. Dzieci w kurtkach przeciwdeszczowych.
Rodzice z parasolami. Seniorzy, którzy nie przestraszyli się pogody. Ludzie, których zwykle mijam na co dzień.
W pewnym momencie ksiądz zażartował, że zamiast procesji Bożego Ciała mamy dzisiaj właśnie festiwal parasoli. Spojrzałam wokół i pomyślałam, że tak jest. Kolorowe parasole przesuwały się ulicami, tworząc niezwykły obraz.
Było w tym coś pięknego i zwyczajnego jednocześnie. Ludzie szli razem mimo deszczu, mimo niewygody i tego,
że przecież mogli zostać w domu.
Patrzyłam na ten pochód i przyszła mi do głowy zupełnie inna refleksja.
Tolerancja – mówimy o niej w mediach społecznościowych. Ale również w szkołach, podczas debat i spotkań. Powtarzamy, że każdy ma prawo być sobą. I bardzo się z tym zgadzam. Problem pojawia się, gdy okazuje się,
że niektórzy mają prawo być sobą bardziej niż inni. Bo można dziś bez większego problemu powiedzieć, że
nie wierzy się w Boga. Mieć własne poglądy polityczne i zwyczajnie żyć inaczej niż większość. I bardzo dobrze.
Tylko dlaczego tak często ta sama otwartość kończy się w chwili, gdy ktoś mówi, że wierzy? Dlaczego człowiek,
który idzie w procesji, modli się albo mówi otwarcie o swojej wierze, bywa opisywany jako mniej nowoczesny,
mniej otwarty, mniej świadomy? Od kiedy tolerancja oznacza zgodę na poglądy tylko podobne do naszych?
Tolerancja zaczyna się spotykając człowieka myślącego inaczej niż ja.
Patrząc dziś na ludzi idących pod barwnymi parasolami, widziałam osoby bardzo różne. Każda z nich przyszła
z własną historią, doświadczeniami i spojrzeniem na świat. Tylko oprócz tego łączyło ich coś jeszcze. Obecność. Gotowość do bycia razem pomimo różnic. I może to właśnie tego najbardziej potrzebujemy.
– Nie muszę się z nim zgadzać.
– Nie muszę zmieniać swoich przekonań.
– Nie muszę nawet rozumieć wszystkich jego wyborów.
Mogę jednak uznać jego prawo do ich posiadania. Mniej oceniania, przypisywania ludziom etykiet i przekonania,
że nasza droga jest jedyną właściwą. Więcej ciekawości i szacunku wobec drugiego człowieka. Więcej miejsca na różnorodność, która nie kończy się tam, gdzie zaczyna się jego poglądy i wiara.
To był festiwal parasoli.
Wracając do domu pomyślałam, że ksiądz miał rację. Można iść przez świat pod różnymi parasolami, a przy tym
patrzeć w różnych kierunkach i traktować się z wzajemnym szacunkiem. Dla mnie było to także przypomnienie. Na końcu drogi najważniejszy był ON. Bez Niego nie byłoby procesji i spotkania. A deszcz byłby tylko deszczem.
A dla wielu osób był czymś znacznie więcej. Ahoj.
